Story of one picture
Each story is complemented with photographs, which are worth a thousand words.
Enjoy reading and hearing

Towar luksusowy
by Aleksander Poniewierski, APConsulting
Kilka lat temu byłem na lunchu z bardzo, ale to bardzo zamożnym człowiekiem (lekko kontrowersyjnym), przedstawicielem tzw. old money.
Kiedy otworzyliśmy menu, zaproponował, abyśmy zamówili tuzin ostryg. Odmówiłem stanowczo, z kwaśną miną. Bardzo, ale to bardzo nie lubię wszelkiego rodzaju skorupiaków i małży. Popatrzył się na mnie i powiedział:
– Widzę, mój przyjacielu, że z niejednego pieca chleb jadłeś.
Potem przez dobry kwadrans opowiadał różne historie o tym, jak toksyczne ostrygi, będące filtrem akwenów, oraz skorupiaki żywiące się padliną stały się przysmakiem nowogackich elit. Nawet skwitował to stwierdzeniem, że trzeba zjeść naprawdę dużo ostryg i nagromadzonego w nich ołowiu oraz rtęci, aby się w głowie przewróciło na tyle, by płacić z pięćsetkrotnym przebiciem za morski śmietnik.
Zawsze gdy widzę na ulicach stolic lub w nadmorskich kurortach stoiska z ostrygami i szampanem, przypomina mi się ta historia.
Przypomniała mi się również wtedy, gdy czytałem nagłośnioną przez K. Stanowskiego sprawę pizzerii, która dostała mandat za złą klasyfikację VAT na rachunku. W skrócie: na pizzy znalazły się krewetki (uznawane przez urząd skarbowy za towar luksusowy), ale pizza została objęta standardową stawką VAT. I boom – kara.
Smutne to było zdarzenie, jak sądzę. Kontrola z góry postawiona pod tezę. Takie polowanie na krewetki sensu stricto. Zarzucona sieć i wygarnianie planktonu.
W tym samym czasie dowiadujemy się o naprawdę grubych aferach, gdzie ani służby, ani regulator, ani skarbówka nawet nie myślą działać sprawnie i prowokująco. No bo po co? Sprawy trudne, łatwo o błąd lub niedopatrzenie, a po drugiej stronie armia prawników. Lepiej zasadzić się na pana od krewetek na kawałku ciasta.
Wracając do mojej historii z lunchem. Mój interlokutor zjadł sałatę, popijając wodą bez gazu. Przyjemnie się gawędziło i nawet biznes zrobiłem. Zapewne gdybym jadł ostrygi, to skończyłoby się na tym tuzinie, bez ciągu dalszego i milionowego kontraktu. Szczęście, zbieg okoliczności, a może selekcja naturalna partnerów biznesowych i metod ich weryfikacji.
Takich trików, z nudy czy dla okazania wyższości, jest o wiele więcej. Najbardziej podoba mi się zabawa w to, kto pierwszy otworzy menu, lub dawanie napiwku kelnerowi przed, a nie po obiedzie. Ten ostatni trik jest nawet bardzo sensowny, bo prawdopodobieństwo, że wrócisz ponownie i trafisz na tego samego kelnera, jest małe, więc lepiej nagrodzić go wcześniej, aby starał się przez następną godzinę czy dwie.
Panie ze skarbówki zapewne się przyczaiły, a następnie w pełnej szarży byka przywaliły mandat. Pan restaurator zapewne się tłumaczył i prosił o wyrozumiałość.
Na każdym poziomie biznesu są inne zabawy w kotka i myszkę, policjanta i złodzieja, kupującego i sprzedawcę. Ale na koniec biznes jest o relacji między ludźmi. O tym, czy państwo wspiera przedsiębiorców, że kupujący mają przywilej wyboru dostawcy i wreszcie o tym, że w tym wszystkim musi być zachowany zdrowy rozsądek.




