Story of one picture


This blog is dedicated to reflections on leadership, business, and technology.
Each story is complemented with photographs, which are worth a thousand words.
Enjoy reading and hearing
Podcast available at:

Syndrom sztokholmski – wersja digital

Syndrom sztokholmski – wersja digital

Saturday, December 13, 2025

by Aleksander Poniewierski, APConsulting

W 1973 roku w Sztokholmie miał miejsce napad na bank. Uwięzieni zakładnicy przez 6 dni byli terroryzowani. Po uwolnieniu, wbrew logice, bronili swoich oprawców. Nils Bejerot, psychiatra i śledczy ze sztokholmskiej policji, określił ten stan jako „syndrom sztokholmski”. Pośród rozmaitych cech, które występują razem w stanie traumatycznego stresu, takich jak zagrożenie życia, izolacja czy uzależnienie od sprawcy, wymienił jedną, która jest szczególnie istotna  mianowicie sporadyczne akty życzliwości. Błahostki, które w codziennym życiu nie miałyby żadnego znaczenia, w sytuacji specyficznej zapadają w pamięci ofiary jako spersonalifikowane uprzywilejowania. W relacjach różnych świadków tej i kolejnych obserwowanych sytuacji ofiary zapamiętywały inne, istotne dla nich wówczas zdarzenia.

Często jako przykład „odwrócenia” podawany jest przypadek Patty Hearst, uwięzionej przez SLA (Symbionese Liberation Army), która po uwolnieniu nie tylko zradykalizowała się, lecz zmieniła imię i w konsekwencji dołączyła do swoich prześladowców, uczestnicząc z inną grupą w napadach terrorystycznych i rabunkowych.

Stare powiedzenie mówi: „Niech mówią, co chcą, byleby nazwiska nie przekręcili”. Kontrowersje i szokowanie. Zaczynam od obscenicznej historii, tak żenująco wulgarnej, że szokuje nawet największych kozaków na mieście. Po pewnym czasie zmieniam image i staję się celebrytą lub celebrytką. Mamy w naszym otoczeniu wiele takich przykładów. Wielkie stacje telewizyjne, wiedząc, jak to działa, produkują na wyłączność (podpisanymi kontraktami) całe stada patologicznych gwiazd, stających się nie tylko idolami młodzieży, ale i obiektami zachwytu oraz marzeń. Oczywiście nie jest to nasz krajowy patent, ale fantastycznie przyjął się w naszym kraju. Dziewięciu na dziesięciu znanych ludzi w polskim YouTube wywodzi się z tego modelu reprodukcji. Ten sam schemat.

W niektórych przypadkach media, sponsorzy, a nawet politycy, zdający sobie sprawę z popularności danej osoby lub społeczności, która traktuje ich jako autorytety, sięgają po nich, przesyłając komunikaty do określonych grup społecznych. Takie działanie jest niezwykle szkodliwe. Z drugiej strony dość łatwo wówczas rozpoznać relację z grupą docelową.

W ostatnim czasie wykluwa się jednak inny, intrygujący trend. Dotyczy on sieci społecznościowych. „Persony”, które osiągnęły popularność dzięki sieciom społecznościowym (celowo mówię o popularności, nie zasługach biznesowych czy politycznych), masowo krytykują je za sposób, w jaki te zarabiają. Znani biznesmeni, którzy codziennie publikują posty, rolki i promują się za darmo w tych mediach (wcześniej sowicie opłacając ich pozycjonowanie), zmieniają front i krytykują ich metody. Zasięg organiczny jest już dostatecznie duży, więc trafiają z przekazem: „to jest badziewie, nie używajcie”. Inny przykład to szkalowanie właścicieli i twórców modeli biznesowych za manipulacje i zarabianie na chwytliwych treściach lub promowanie nieprawdziwych informacji. Szkopuł w tym, że ci „ewangeliści” używają do własnych przekazów tych właśnie mediów i to w mechanizmach, które sami nazywają „manipulującymi”.

Szczytem hipokryzji jest nawoływanie do buntu przeciw medium, dzięki któremu ową rozpoznawalność osiągnęli, nie mając kompletnie żadnych innych dokonań osobistych czy zawodowych.

Czy to można nazwać syndromem sztokholmskim świata cyfrowego? Czy może cwaniactwem? A może to wyczucie starej prawdy, że zakazany owoc smakuje najlepiej?

 

No comments yet
Search