Story of one picture
Each story is complemented with photographs, which are worth a thousand words.
Enjoy reading and hearing

Ryzyko, czyli mierzalna niepewność
by Aleksander Poniewierski, APConsulting
Dlaczego jedne inwestycje wychodzą, a inne nie? Dlaczego jedni inwestorzy są przyjemni, a inni nie? Dlaczego jedni wynalazcy komercjalizują swoje pomysły, a inni nie? Tak, to blog na fali ostatniej dyskusji o Czerwonym Kapturku, wilku, babci i myśliwym.
Pisałem kilka tygodni temu o „złamasach”, przy okazji opisując apel Pani Olgi. Ale ten tekst nie będzie ani oceną sytuacji, ani reakcją na liczne komentarze. On będzie o jednym z podstawowych narzędzi, które odróżnia profesjonalistów od amatorów w biznesie. I dotyczy każdej ze stron. A rzecz o zarządzaniu ryzykiem.
Kilkadziesiąt lat temu bank nie chciał mi dać kredytu na inicjatywę biznesową. Byłem zły. Uważałem, że robią mi krzywdę i nie chcą mnie wspomóc w biznesie. Ale gdyby nie ta odmowa, nie byłbym w miejscu, w którym jestem. Moja ocena ryzyka jako przedsiębiorcy bazowała na wewnętrznym zgadywaniu i oczywiście na marzeniach, że musi być dobrze. Bank ocenił sprawę realnie, na podstawie liczb. Ocenił ryzyko i uznał, że nie jest to poziom do zaakceptowania.
Biznesmeni za „wielką wodą” oceniają cele inwestycyjne nie tylko na podstawie tego, czy mogą sobie pozwolić na zainwestowanie, lecz przede wszystkim czy mogą sobie pozwolić na koszty (wszystkie) błędnej inwestycji. Mierzą ryzyko niepowodzenia. Na chłodno kalkulują „za” i „przeciw”, i co najważniejsze, mając wiele, podkreślam: wiele możliwości wybierają tę najmniej ryzykowną dla siebie.
Na naszym gruncie mówi się często, że „na bezrybiu i rak ryba”. Inwestorzy często analizują ryzyko, zabezpieczając przede wszystkim siebie, nie potencjalną inwestycję, w którą wchodzą. I tu jest ta mała różnica (mam nadzieję, że wychwytywalna). Ci zaś, którzy szukają inwestorów, kierują się modelem wiary oraz mottem Krzemowej Doliny: „fake it till you make it”. Ta zabawa w kotka i myszkę zazwyczaj kończy się mniejszą lub większą tragedią.
Regulatorzy na rynku finansowym powstrzymują inwestorów przed inwestycjami ryzykownymi. Taki MIFID, na przykład, ma ochronić nas przed podejmowaniem ryzyka, którego sami nie potrafimy oszacować. Dla banku to prosta piłka, wyegzekwuje i tak od nas zabezpieczenie. Ale my tego możemy nie przeżyć. Stąd blokada w celu ochrony naszego interesu.
Nawet w łazience, na baterii, termostat chroni nas przed poparzeniem. Przekręcając ponad opór, zdajemy sobie sprawę, że możemy się poparzyć. Dla administracji to nie ma specjalnego znaczenia, prawda?
Sztuka zarządzania ryzykiem w biznesie (przez wszystkie strony) jest kluczowym elementem sukcesu lub porażki. Korporacje uczą, jak nim zarządzać, na podstawie wieloletnich inwestycji w ten obszar. Samorodni przedsiębiorcy uczą się go na własnej skórze. A to może boleć.
I boli.
Pamiętajmy, że fundamentem zarządzania ryzykiem jest strategia unikania zagrożenia. Tak niewchodzenie w temat. I nie jest to strategia „dla mięczaków”. To strategia mądrości, która mówi, że lepiej uciec przed napastnikiem z nożem, niż wdawać się w konflikt, przeceniając własne siły. Najlepiej stosują tę strategię mistrzowie kung-fu lub żołnierze służb specjalnych.




