Story of one picture
Each story is complemented with photographs, which are worth a thousand words.
Enjoy reading and hearing

Druj
by Aleksander Poniewierski, APConsulting
Miałem w podstawówce takiego Arka. W dzisiejszych realiach nazwalibyśmy go dzieckiem ze spektrum ADHD, z odruchami sadystycznymi i zaburzeniami osobowości. W latach '80 był po prostu „łobuzem”, a jak mówiła moja babcia „gałganem”.
Owy Arek był postrachem klasy. Tu kogoś pociągnął za włosy, tu opluł ryżem z rurki po ołówku automatycznym, a jeszcze innym razem scyzorykiem wyciął na ławce „peniska”. Czasami odgrażał się, że kogoś zbije, ale przechodziło mu. Jego nieprzewidywalność doprowadziła do zjednoczenia się jego wrogów zgodnie z zasadą „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Była też spora grupa jego zwolenników. Miał swoją bandę. Groźne to było o tyle, że wystawali w bramach po lekcjach i wymuszali characze. Dziesięć złotych na prażony słonecznik lub lemoniadę w worku foliowym.
Arek miał pewną słabość. Słabo się uczył. Więc regularnie dostawał „pały”, co skutkowało powtarzaniem klasy. Któregoś słonecznego września nie było go już w szkole. Plotka głosiła, że trafił do poprawczaka. W rzeczywistości jego rodzina wyemigrowała do Niemiec. Wiem, bo moja mama była dyrektorem szkoły.
Strategia zastraszania i nieprzewidywalności była podstawą działania Arka. Aby wzbudzić zainteresowanie, potrafił zakleić sobie oko, twierdząc, że wdał się w bijatykę na Dworcu Centralnym. Oczywiście wyrał. Po kilku dniach opaska znikała i śladu po walce nie było widać.
Arek przeginał. Wierząc w swoją siłę i mając potwierdzenie w postaci własnej bandy, wpadały mu do głowy coraz zuchwalsze pomysły. Pewnego razu wpadł na pomysł „kapskowania pijaków na przejściach podziemnych”. Nie chodziło o bezdomnych czy żebraków (nie było ich w tym czasie), lecz o pracowników umysłowych, którzy w biurach zamiast pracować spożywali znaczne ilości alkoholu. Osobnicy tacy, wracając po pracy w upojeniu alkoholowym, byli łatwym celem rabunku. Pewnego dnia, chcąc obrabować takiego właśnie „towarzysza”, dostał solidny łomot. Trafił na sprawnego sztygara z kopalni węgla kamiennego.
Mało się dziś mówi w polskich mediach (co mnie bardzo dziwi) o przygotowaniach do siłowego nacisku na Iran. Nasz Arek z Białego Domu odpuścił już lodową wyspę. Rozpoczął pierwsze ustawiania biznesu w Kolumbii i wydał komunikat, że głowa państwa kanadyjskiego przeprasza za swoje słowa w Davos. Teraz czas na większego misia. Podchodzi do pijanego pod przejściem podziemnym. Po co? Trochę dla draki, trochę w nadziei, że coś skubnie. Jeżeli się przeliczy, są dwa scenariusze: wojna i nieprawdopodobny chaos gospodarczy albo przebite ucho. Arek z DC, którego kule się nie imają i który nie stosuje podstawowych zasad bezpieczeństwa, będąc w tłumie, albo wie, że niedużo mu czasu zostało i za wszelką cenę chce się zapisać w historii, albo jest przekonany o swojej misji. O nie, nie tej z wielką ideą światowego hegemona. Tej z wzbogacaniem się za wszelką cenę i spłaceniem długów wszystkim, którym obiecał majątek.
W zoroastryzmie, czyli religii Persów sprzed epoki islamu, Druj doskonale określało zachowanie Arka i jego czyny i było dokładnym przeciwieństwem postawy Asa, którym Arek zapewne chciałby być, ale nie jest.




