Story of one picture
Each story is complemented with photographs, which are worth a thousand words.
Enjoy reading and hearing

Curva – refleksja po długim weekendzie
by Aleksander Poniewierski, APConsulting
Wróciłem z objazdu na motocyklu Sardynii i Korsyki. Jak łatwo się domyśleć, było super. Setki, jak nie tysiące zakrętów, spektakularne widoki morza i gór. Przy morzu rześka bryza, w terenie skwar, a w górach wiaterek.
Z każdym kilometrem jeżdżę pewniej i lepiej. Przynajmniej tak mi się wydaje. Od mojego początku nauki zauważam duży postęp. Pewniej wchodzę w zakręty, przyspieszam i hamuję. Oczywiście doświadczam co jakiś czas uczucia, że jestem już super kierowcą. Do czasu, kiedy przejeżdża obok dobry kierowca. Tak to już bywa, że zawsze jest ktoś lepszy. Z lekkim uśmieszkiem (nie powiem, że nie jest to miłe) uśmiecham się do tych, którzy radzą sobie gorzej niż ja. A przecież jeszcze kilka miesięcy temu też tak się... chwiałem :)
Czasami jednak, przy braku koncentracji, źle ocenionej prędkości lub po prostu ułańskiej fantazji, wjeżdżam w zakręt i czuję, że nie jest dobrze. Palce zaciskają się na klamce, noga nerwowo szuka nożnego hamulca. Udało się opanować motocykl i wyjść z zakrętu bez szwanku. I tu następuje chwila refleksji... Jakby ktoś jechał z naprzeciwka lub był piasek, mogłoby być źle.
Pamięć jest krótka. Bo już kilka zakrętów dalej wracam do „adrenalinowych prędkości”. Uda na baku i manetka w dół. Wolność. Mózg podpowiada, że jest fajnie. Adrenalina daje satysfakcję. No i nie ma much na wizjerze (w sumie to nie wiem dlaczego).
Mówiąc o tych lepszych, co kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów wyprzedza mnie jakiś „zawodowiec”. I na krótką chwilę mam ochotę go gonić. Nie wiem po co, ale jest to silniejsze. Znika za kolejnym zakrętem, a ja mam wyznaczony kolejny cel.
Czasem na kawie w lokalnej kawiarence zatrzymuje się mała grupa. Zazwyczaj starsi panowie. Bez włosów, w skórzanych kombinezonach. Lokalni mistrzowie zakrętów. Zagaduję do jednego z nich i pytam, jak długo jeździ na motocyklu. On z uśmiechem odpowiada:
– Od zawsze.
– Co robisz, jesteś na wakacjach? – pytam.
W odpowiedzi słyszę, że jest właścicielem małego biznesu na kontynencie i raz na tydzień jeden dzień robi sobie taki 300-kilometrowy trening.
– Tak sobie po winklach pojeżdżę – mówi – i zapominam o problemach.
Musiałem zapytać, czy miał kiedyś jakiś wypadek. Myśli przez chwilę i odpowiada:
– Tak, miałem. Na nartach nogę złamałem.
Ja z uśmiechem pytam:
– A na motocyklu?
On mówi:
– Nie, bo bym już tu nie był.
Kilka kwadransów później mija mnie na zakręcie z prędkością 150 km/h lub większą. Doświadczenie czy brawura?
Czas na motocyklu upływa bardzo szybko. A szkoda. Nawet jak się jedzie bardzo wolno, to jakoś nie myśli się o niczym innym, tylko o tu i teraz.
Motocykliści pozdrawiają się na drodze. To jest bardzo sympatyczne. W kawiarniach i barach wszyscy są uśmiechnięci. Patrząc na kurtkę lub emblematy na koszulkach, wiesz, czy to harleyowiec, GS-iarz czy dukatowiec. Uśmiech i pytanie:
– Jakim jeździsz?
Pada odpowiedź: model, rok produkcji i wersja. Jakie to urocze i miłe. Naklejki na kufrach z odwiedzonych miejsc. Naszywki z klubów. I wszystko pozytywne. Mimo że niektóre z nich mają w logotypach siekiery, noże, czaszki i skalpy.
LWG – lewa w górę. Przyczepności.
Oj, jak to jest różne od codziennego, szarego życia.




